och tyle mialam planow na ten dzien, naprawde wiele rzeczy mialo sie zdarzyc - domowo, a potem yoga, a potem spotkanie, a potem radosnie i w podskokach zamierzalam dotrzec do pracy i zarobic mnostwo kasy.
taaa. domowo i owszem, sie udalo, a potem monotonny dzwiek deszczu za oknami zaczal wstukiwac mi do glowy pewna bardzo kuszaca mysl - a moze by tak nigdzie nie isc. ta mysl tak slodka rosla i potezniala, a kiedy przyjaciolka odwolala spotkanie, mysl przerodzila sie w postanowienie. nigdzie nie ide. zapytalam jeszcze na wszelki wypadek swojej kobiecej intuicji, a ona ochoczo potwierdzila moje obawy zwiazane z wychodzeniem z domu.
od razu tak mi sie lekko zrobilo na duszy, glowa mnie przestala bolec i mlodsza sie poczulam i ladniejsza. i mnostwo energii mnie dopadlo. zapragnelam zrobic cos przyjemnego, ale kreatywnego.
i udalo sie.
upieklam ciasto. mialam ochote je upiec juz dawno temu, ale czasu bylo brak, a taki deszczowy wieczor idealny na wypieki:)
upieklam pysznego (mam nadzieje, bo jeszcze za goracy, zeby sprobowac) plesniaka, ktory sti sobie cichutko w kuchni i czeka na swoje 15 minut porannej slawy, kiedy chlopcy przyjda na kawe przed praca, a zaspany Karol bedzie biegl do szkoly w kolejny wiosenny deszczowy dzien. namaste
No comments:
Post a Comment