w nielicznych chwilach jasnosci umyslu cenie sobie bardzo towarzystwo osob madrzejszych ode mnie. madroscia zyciowa. zawsze takie osoby mnie fascynowaly nieziemsko i zawsze krecilam sie wokol nich niczym zapomniany ksiezyc wokol waznej planety. jesli to byli mezczyzni to zazwyczaj sie w nich zakochiwalam, bardziej lub mniej platonicznie (no comment:). jesli to byly kobiety - zamieralam porazona szacunkiem dla ich madrosci, a nastepnie wycofywalam sie cichutko do swojego kacika za miotla: tak, to ja, szara myszka...
dzis po raz kolejny spotkalam kobiete, ktora znam od niedawna. fascynuje mnie niesamowicie. jest piekna latynoska, silna i subtelna, radosna i wladcza, niezalezna i bardzo wrazliwa... biseksualna z naciskiem na kobiety, wpatrzona we mnie...
na razie nie jestem gotowa na myslenie o kolejnej zyciowej lekcji... ale mam ochote byc na tych zajeciach. zobaczymy jutro (dzisiaj) jak wstane, czy zmienie zdanie, czy przy tym zostane (to z kochanowskiego oczywiscie)
No comments:
Post a Comment